Wiersze Ireny Żukowskiej-Rumin

Wiersz „Palenie Butów”, „Emblema” ze zbioru: Emblema,
Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Kielce 2008

Palenie Butów

mal. Marek Wawro

Kiedy umarł, zaraz po pogrzebie,
Zabraliśmy się za palenie butów.
Para solidnych kamaszy stała przy jego łóżku
I nie były to kamasze schodzone
Grubą rzemienną podeszwę pstrzyły drewniane ćwieki,
Jakich nie widywało się w tym stuleciu
Po wierzchu biegła fastryga mocnej dratwy.
Noski lśniły od nieustannego pucowania
A po obu ich bokach zbiegały na dół
Jak zastygłe strumienie rzemienne sznurowadła
(obok na sznurku suszyły się skarpetki i wisiały sztruksowe spodnie
zdjęte razem z kalesonami).

Pod łóżkiem śmiertelnym znaleźliśmy kilka par tenisówek,
Ale bardzo dawnych i w sfilcowanej pajęczynie
Granat płótna wypłowiał i sczerniała biel gumy na podeszwach.
Znaleźliśmy też zdeptane na śmierć kapcie, które jakiś purysta
Zamierzał nazwać cichostępami. Z jakichś powodów,
Które znać może tylko język, nazwa się nie przyjęła.
W sieni stało siedem gumowców mocno podbijanych filcem,
A na nich falowały jak morze białe zamienione w czarne
Onuce – owijaczki do bosych stóp,
które do niedawna używane były przez wcale potężne armie.
Z nimi było najmniej kłopotu. Nie wiadomo skąd rozniosła się wieść
O paleniu butów i pojawiło się wielu mężczyzn
z wiecznym smutkiem i rozebrało wszystkie sztuki nawet nieparzyste.

Przeszliśmy potem do komory, gdzie składowano buty od kilku pokoleń
Stały szeregiem pod ławą zalegały pokotem skrzynie i kufry
Wcale zgrabne półbuty wiśniowe prababki
(znała na pamięć okoliczne synagogi)
Z wyłamanym prawym obcasem i urwaną sprzączką wrzuconą do środka
Miała je zanieść do szewca zaraz po wiosennych roztopach
Należały do kategorii: obstalunek, szewc w rynku, wejście z bramy na wprost

W irchowych butach do konnej jazdy ze wzmocnionymi noskami
i metalem w obcasach
Pełzały utuczone do grubości niemowlęcego paluszka larwy moli
Żaden entomolog nie powstydziłby się ich w swoich zbiorach
Dziecięce sandałki wielkości kobiecej dłoni dawały świadectwo tej
Co umarła na zapalenie opon zaraz po Wielkanocy
Którą w innych rejonach zwą Paschą
Wywlekaliśmy z zapadłych kątów buty robione
jak mówił Żeromski psim swędem
Z przybitym do drewnianej podeszwy kawałkiem skóry,
chodaki do których kleił się śnieg już po kilku krokach
Znaliśmy je z opowieści ludzi umarłych dawno i jak należy
I czego jak czego ale ich tu nie spodziewaliśmy się wcale
Mogły spłonąć w kominie, pod blachą zaraz po zdjęciu z nóg.
Nie znaleźliśmy łapci noszonych przez najstarszych na skraju Puszczy
Jeszcze po wejściu Sowietów. Tutaj miano o nich nie słyszeć
Albo też może nie było już tych, co je pamiętali i mogli opowiedzieć

Trzeba koniecznie wspomnieć o butach świątecznych
Przechowujących w jakimś stopniu zapach świeżo wyrobionej skóry
Uroczystości rodzinnych narodzin i pogrzebów
Ta dawno nie widziana arystokracja cielęcej miękkości i jagnięcego futra
Lekko skrzypiąca przy przestawianiu nogi, która sama niosła
Przecierać ją wolno było suchą szmatką
Uchowaj Boże przed zamoczeniem i porysowaniem
Leżała jak na lekarstwo w najciemniejszym kącie
za oszklonymi drzwiczkami podłej szafki

Sąd ostateczny miał się odbyć w kącie podwórka
w miejscu odległym od drogi i ludzi. Tutaj piętrzyły się buty
wszelkich minionych pokoleń zamkniętych przez śmierć ostatnią
Patrzyły na nas dziurką od sznurowadła, zużytym flekiem
Zelówką nie dość zreperowaną, oderwaną podeszwą, schodzonym obcasem
Szczerzyły się ostrokołem teksów, wytartą podściółką
czasem z delikatnej jedwabnej materii,
Co stopie daje przyjemne poczucie luksusu i wygody zarazem.
Śmiertelny stos płonął całe popołudnie ogniem niebieskim
I dymem na którym niebo wspierało się jak parasol
W popiele znaleźliśmy kilka metalowych skuwek, żabek spod obcasów
Ułożyliśmy je w szufladzie kredensu, a popiół rozsypaliśmy
pośród sitowia i ostrej trawy.

Emblema

W ten piękny słoneczny poranek
Było nam uroczyście jak w wierszu
Po kocich łbach podskakiwały furmanki
A przed nimi szły konie w niedzielnej uprzęży
Miękkie piersi kobiet ujęto w żorżetowe suknie
Mężczyźni pozdrawiając zdejmowali czapki
W półkoszkach trzęsły się czeredy dzieci w oczekiwaniu na cud
Siedliska z giętego metalu malowane olejno
Przykrywały kobierce tkane w szesnaście nicielnic

Konie nas niosły do tego miejsca
Gdzie las się przerzedzał i przechodził w leszczyny
I w słoneczne polany wokół źródła zwanego krynicą
Z wodą co uwalnia od wszelkiej boleści
Jak baśniowych wysłańców
Chóry archaniołów snuły pieśń wielogłosową
l żegnały się zamaszyście kobiety i dzieci
Mocząc chustki i przemywając schorzenia prawdziwe i urojone

Aniołowie przezroczyści jak wiosenne niebo
Unosili się ponad głowami
Zachęcali do miłowania bliźnich
Prowadzili za rączki pogubione dzieci
Zupełnie jak na świętych obrazkach
Nieśli zapach tataraku czeremchy i bzu
I dzielili się nim z pogody ducha
Spoza chmur jaśniały twarze
Cyryla i Metodego
Uśmiechała się święta Katarzyna
Której śmiertelne szczątki
Spoczywają na górze Synaj

Z dłonią uniesioną i otwartą księgą
I wzrokiem przed którym ukryć się nie da
Patriarcha z brodą jak u Sumerów
W otoczeniu złocistego orszaku
Szykował się do napomnienia
Groźne słowa naprawdę były głosem na Puszczy
Pośród której rozsiano mogiłki poległych
Pełne leśnych dzwonków i mchu na kamieniach
Rudnic kryjących się pod igliwiem
I krzyży nurzanych w farbie niebieskiej

Trwamy tam wszyscy do dzisiaj
Niczym w wiecznym ogrodzie
O którym czyta się w księgach
I za którym tęskno poetom
Choć słońce już dawno zaszło
Wyciszając liście grabów osik i leszczyn
Niesiemy chorągwie i feretrony
Pośród śpiewu, który da się porównać
Jedynie ze śpiewem zaświatów
Gdy otwierają się carskie wrota